お久しぶり! Korzystam z okazji by powitać wszystkich, z którymi rozstałam się dobry kawał czasu temu! Również serdeczne はじめまして dla tych, z którymi spotykam się po raz pierwszy, jeśli i tacy tu trafią. Kłaniam się i polecam waszej czytelniczej łaskawości… よろしくお願いします!
Prawdę mówiąc, nie przemawia do mnie zbytnio pomysł, jakoby każdy wyjeżdżający za granicę student miał publikować w Sieci swoje wrażenia, zachwycając krewnych i znajomych bogactwem kulturowym (a zwykle kulinarnym ^.^) kraju, do którego trafił. Każdy niech sobie jeszcze pisze, ale na pewno nie ja. Jak się jednak okazało, Japonia zmienia ludzi i mogę tylko mieć nadzieję, że nie wrócę obwieszona oślepiająco kolorowymi breloczkami, w koszulce z którąś z lokalnych wersji Hello Kitty (w kimonie, zajadająca manjuu, a może wspinająca się na górę Fuji?). Na założenie bloga decyduję się trochę rychło w czas, bo aż z miesięcznym opóźnieniem, które postaram się jednak konsekwentnie nadrabiać. Ostatecznie, nadrabiać jest co.
Bez zbędnego zanudzania zakasuję więc rękawy i zabieram się do roboty! Na początek świeża relacja z grupowej wycieczki do prefektury Wakayama, z której to wycieczki przedwczoraj powróciliśmy.
Wycieczka organizowana przez Uniwersytet Osaka była, jak i wszystko inne, od samego początku wpisana w nasz półroczny, semestralny grafik. Ponad dziewięćdziesiąt osób rozmaitej narodowości zapakowało się do trzech autokarów, gdzie zapoznaliśmy się z naszymi gaido-san, czyli paniami przewodniczkami, które miały nam odtąd umilać podróż, przyjemnymi głosikami udzielając wyjaśnień na temat miejsc, które właśnie mijamy. Dowiedzieliśmy się więc na przykład, że jedziemy przez krainę mikanów, czyli mandarynek, o czym można się było naocznie przekonać zarówno dzięki rzędom drzewek mandarynkowych porastających zbocza gór, jak i wszechobecnym mandarynkowym produktom i upominkom, które można było nabyć na postojach.
Pierwszą oficjalną okazją do kengaku – szkolnego zwiedzania kreatywnego – było 白浜民族温泉資料館, czyli muzeum onsenu (gorące źródła), w którym rzuciliśmy okiem na mapki okolicy, a parę osób zdecydowało się skorzystać ze ślizgawki przed wejściem.

Nazwa następnej atrakcji – 千畳敷 (Senjoujiki) – również nie mówiła wiele. Nawet jednak, gdyby mówiła cokolwiek, widok, który zastaliśmy, przeszedłby moje najśmielsze oczekiwania. Trafiliśmy nad morskie wybrzeże, malownicze, rudobrązowe skały, między którymi pieniła się i kotłowała woda. Wiatr dął, fale pryskały ostrymi kroplami, a wkrótce spadł deszcz, który przegonił część wycieczki z powrotem na parking. Uszczuplona liczba śmiałków dalej kontynuowała spacer po kamieniach, wspinając się na wzniesienia, przełażąc przez wyrwy, chłonąc morskie powietrze i zażywając zapomnianego już trochę poczucia wolności.
Prawdę mówiąc, nie przemawia do mnie zbytnio pomysł, jakoby każdy wyjeżdżający za granicę student miał publikować w Sieci swoje wrażenia, zachwycając krewnych i znajomych bogactwem kulturowym (a zwykle kulinarnym ^.^) kraju, do którego trafił. Każdy niech sobie jeszcze pisze, ale na pewno nie ja. Jak się jednak okazało, Japonia zmienia ludzi i mogę tylko mieć nadzieję, że nie wrócę obwieszona oślepiająco kolorowymi breloczkami, w koszulce z którąś z lokalnych wersji Hello Kitty (w kimonie, zajadająca manjuu, a może wspinająca się na górę Fuji?). Na założenie bloga decyduję się trochę rychło w czas, bo aż z miesięcznym opóźnieniem, które postaram się jednak konsekwentnie nadrabiać. Ostatecznie, nadrabiać jest co.
Bez zbędnego zanudzania zakasuję więc rękawy i zabieram się do roboty! Na początek świeża relacja z grupowej wycieczki do prefektury Wakayama, z której to wycieczki przedwczoraj powróciliśmy.
Wycieczka organizowana przez Uniwersytet Osaka była, jak i wszystko inne, od samego początku wpisana w nasz półroczny, semestralny grafik. Ponad dziewięćdziesiąt osób rozmaitej narodowości zapakowało się do trzech autokarów, gdzie zapoznaliśmy się z naszymi gaido-san, czyli paniami przewodniczkami, które miały nam odtąd umilać podróż, przyjemnymi głosikami udzielając wyjaśnień na temat miejsc, które właśnie mijamy. Dowiedzieliśmy się więc na przykład, że jedziemy przez krainę mikanów, czyli mandarynek, o czym można się było naocznie przekonać zarówno dzięki rzędom drzewek mandarynkowych porastających zbocza gór, jak i wszechobecnym mandarynkowym produktom i upominkom, które można było nabyć na postojach.
Pierwszą oficjalną okazją do kengaku – szkolnego zwiedzania kreatywnego – było 白浜民族温泉資料館, czyli muzeum onsenu (gorące źródła), w którym rzuciliśmy okiem na mapki okolicy, a parę osób zdecydowało się skorzystać ze ślizgawki przed wejściem.
Nazwa następnej atrakcji – 千畳敷 (Senjoujiki) – również nie mówiła wiele. Nawet jednak, gdyby mówiła cokolwiek, widok, który zastaliśmy, przeszedłby moje najśmielsze oczekiwania. Trafiliśmy nad morskie wybrzeże, malownicze, rudobrązowe skały, między którymi pieniła się i kotłowała woda. Wiatr dął, fale pryskały ostrymi kroplami, a wkrótce spadł deszcz, który przegonił część wycieczki z powrotem na parking. Uszczuplona liczba śmiałków dalej kontynuowała spacer po kamieniach, wspinając się na wzniesienia, przełażąc przez wyrwy, chłonąc morskie powietrze i zażywając zapomnianego już trochę poczucia wolności.
Z kolei skierowaliśmy się do miejscowości Shirahama, w której mieliśmy pozostać. Jak się okazało, nasz hotel był oddalony od 千畳敷 o ledwie parę minut jazdy. Tu czekała nas kolejna niespodzianka. Zamiast podrzędnego motelu brać studencką zainstalowano w wielkim hotelowym kompleksie, gdzie już od wejścia obsługa japońska witała nas, stojąc w rządku, kłaniając się w pas i wykrzykując nieodłączne „irasshaimase!”. Pokój z tatami, shouji (przesuwane papierowe drzwi) i czekającą na stole zieloną herbatką zaspokajał najbardziej nawet wybujałe wymagania. Tym bardziej, że z okna roztaczał się przepiękny widok na plażę Shirahama z jej bielutkim piaskiem i czystą wodą. Nie marnowaliśmy okazji i przez cały pobyt przyszło nam odwiedzać plażę parokrotnie o różnych porach dnia i nocy, żeby biegać po piasku, brodzić w niedorzecznie turkusowej wodzie, a co poniektórzy zażywać jesiennej kąpieli. Nie przeszkadzał nawet unoszący się nad falami lekki zapach siarki…
Zapach siarki przywodzi na myśl onsen, czyli największą atrakcję kurortu i zarazem całej wycieczki. Ciepłe źródła dostarczają wody, w której zażywa się kąpieli rekreacyjnie, grupowo i bez skrępowania, mimo że wchodzi się do niej jak Pan Bóg stworzył, bez ręczniczków czy strojów kąpielowych (oczywiście z podziałem na onsen dla panów i pań). W obszernym, ciemnawym pomieszczeniu unoszą się kłęby pary sponad baseników i kadzi, w których temperatura wody waha się od średnio ciepłej do siedemdziesięciu stopni Celsjusza. Wkrótce wszyscy byliśmy czerwoni jak przypiekane raki, choć pewnie od przypiekanych raków znacznie bardziej zadowoleni.
Po kąpieli przebraliśmy się w yukaty i tak udaliśmy się na wykwintną kolację złożoną z japońskiego jedzenia, co zawsze oznacza posiłek kolorowy, estetyczny i z gustem rozmieszczony na tacy, choć nie pozbawiony pewnego elementu ryzyka. Nikt nie tłumaczył biednym gaijinom, w jakiej kolejności należy zabierać się do potraw i co w zasadzie decydują się wziąć do ust. Gdy już wszyscy napełnili brzuchy, na scenie rozpoczęło się karaoke, w ramach którego studenci-ochotnicy prezentowali bogaty repertuar, wahający się od klasyków z japońskich anime po szlagiery Backstreet boys. Karaoke kontynuowaliśmy potem w luźniejszej atmosferze w specjalnie do tego celu przystosowanej sali, gdzie okazało się, że w odpowiednim oświetleniu wzorki na yukatach zaczynają fosforyzować, kanapy świetnie się nadają do tego, aby na nich tańczyć i nie ma żadnej tak niedorzecznej bądź trudnej piosenki, żeby nie dało się jej grupowo zawyć.
Zabawa ciągnęła się jeszcze długie godziny, przenosząc się do pokojów hotelowych, gdzie nabrała szczególnego charakteru imprezy piżamowej. Leżeliśmy grupowo na przygotowanych przez obsługę hotelową futonach w naszych nie zawsze dopasowanych yukatach. Dla upamiętnienia chwili pozwalam sobie przytoczyć okolicznościowe haiku:
Bardziej i bardziej
Podkasana yukata
Czym to się skończy?
Bardziej i bardziej
Podkasana yukata
Czym to się skończy?
Następnego dnia niewyspana (pewne szalone jednostki wstały po piątej oglądać wschód słońca...), ale usatysfakcjonowana ekipa została przewieziona do 水族館, czyli małego i sympatycznego budynku z akwariami, gdzie podziwialiśmy stadka bajecznie kolorowych ryb i czających się po kątach morskich dziwadeł. Stamtąd udaliśmy się spacerkiem do kolejnego muzeum, upamiętniającego urodzonego w Wakayamie botanika Minakatę Kumagusu, zasłużonego i znanego wśród Japończyków, nawet jeśli nie wśród japonistów. Korzystając z dobrej widoczności, z dachu wypatrywaliśmy Shikoku, które faktycznie dało się dostrzec w oddali.
Ostatnim punktem na liście atrakcji było muzeum umeboshi. Wieść, że mamy zapoznawać się z historią i specyfiką umeboshi wywoływała przeważnie sarkastyczny śmiech. Jest to bowiem jedna z bardziej piekielnych rzeczy, które Japończycy wyprodukowali bez wątpienia po to, aby dręczyć nimi podniebienia Bogu ducha winnych gaijinów. Marynowana śliwka, okrąglutka i przypominająca trochę gumę do żucia (oczywiście przeżutą), nie wyglądająca zbyt atrakcyjnie, a smakująca słono-kwaśno i przeraźliwie intensywnie. Muzeum okazało się mniej więcej tak porywające, jak tego oczekiwaliśmy, nikt się jednakowoż nie spodziewał, że zaprezentowany zostanie nam tam również filmik, na którym to kreskówkowe umeboshi urządzały sobie koncert, prezentując przy okazji zalety poszczególnych produktów. Mogliśmy się napatrzeć ku własnej rosnącej zgrozie (lub, jak kto woli, głupawie), na umeboshi wyposażone w szerokie uśmiechy i zawinięte rzęsy, hycające po scenie i wyśpiewujące coś łamanym angielskim, w tym na moje ulubione umeboshi w stylu enka, 20% zawartości soli. Po seansie odwiedziliśmy sklepik zaopatrzony w dowolnego rodzaju śliwkowe produkty, gdzie dałam się skusić na herbatę z ume, po czym przez następnych parę minut starałam się zapić i zagryźć słonawy posmak w ustach.
W drodze powrotnej Gaido-san obwieściła nam radosną nowinę, że teraz każdy z nas otrzyma drobne upominki. Już po chwili wpatrywaliśmy się w ankietę na temat wycieczki („kto nie odda, nie zostanie wypuszczony z autokaru”) i… umeboshi. Pięknie opakowane w różowiutki papier przewiązany sznureczkiem i budzący miłe wrażenia estetyczne, mające chyba wynagrodzić nieco mniej wyszukane doznania kulinarne…
W rekordowo krótkim czasie powróciliśmy do Minoh i do naszego akademika, gdzie powitało nas to, co zwykle – ciemne korytarze, przytkana toaleta i ciasny, ale własny pokoik, wionący od wejścia arktycznym mrozem. Czego jednak można oczekiwać od uniwersytetu, który całe fundusze przeznacza na rokroczne fundowanie studentom wycieczki do Wakayamy?
0 komentarze:
Prześlij komentarz